alt

     



(W celu powiększenia miniatur, kliknij w zdjęcie)      
  6 listopada 2009

Andrzej zachęca mnie do przyjazdu do Mieroszowa, pogoda ma być idealna i... taka właśnie okazuje się być. Piątek, a więc niewielki tłok, co pozwala mi bezstresowo latać. Na miejscu pakujemy Marsa na „Ruraka”, czyli na specjalny pojazd złożony (zespawany) z kilku samochodów, służący do transportu na startowisko rozłożonych lotni. Jedna na przodzie maski, dwie na ciągnionej przyczepie. Poza rozłożonymi lotniami jest wstanie zabrać nieskończoną ilość pozostałego sprzętu latającego i pilotów (nie pamiętam aby zdarzyło się, żeby dla kogoś/czegoś brakło miejsca). Przed pierwszym lotem mam niezłego stracha, przecież ostatnio leciałem kawał czasu temu i ze znacznie mniejszej góry. Sprężam się i lecę w miarę poprawnie, nieco szarpiąc się ze sterownicą. Potem z każdym lotem podchodzę wyżej i czwarty lot jest już spod samej rampy. Tempo niesamowite, gdyż co drugi zlot Andrzej zabiera mnie Rurakiem na górę, a gdy muszę podchodzić, to względu na niską temperaturę, nie pocę się tak jak w lecie i idzie się całkiem przyjemnie. W ostatnich lotach przekładam już ręce na sterownicę i chowam nogi do kokonu.  
Trochę wieje, więc loty są wysokie ze względu na przebywanie w obszarze noszeń zboczowych. Niesamowity postęp w stosunku do ślizgów sprzed miesiąca. Po 12 lotach w czasie trzech i pół godziny kończymy dzień, hangarujemy sprzęt i rozjeżdżamy się do domów. Dawno nie zasypiałem w tak świetnym humorze.
     
alt
 
 
    
 
  14 listopada 2009

Na latanie wybieram się z moim dobrym znajomym, paralotniarzem i modelarzem Czesiem. Pogoda nie jest tak mroczna jak tydzień temu, wiaterek 2-3 metry, idealnie z południa. Tego dnia zaczynam II etap szkolenia. Na stoku hole idą pełną parą, więc Rurak jest zajęty rozciąganiem liny i tylko dwa razy udaje mi się podjechać nim z lotnią na start. Pozostałe 9 podejść robię „z buta” i tutaj ciekawostka, podchodzi mi się znacznie sprawniej niż paralotniarzom, którzy jeden po drugim zaczynają powątpiewać w rzekomą „zabójczą” wagę lotni. Tym razem w lataniu skupiam się na treningu zakrętów. Brzmi to banalnie, zrobić zakręt – odchylić się i lotnia skręci. W praktyce reakcje nie są takie, jakby się to mogło wydawać. Najbardziej zadowolony jestem z dwóch ostatnich lądowań, wykonanych przy zerowym wietrze, bez kroku dobiegu. Największa wtopa dnia, to próba startu bez podpięcia się do lotni. Zagaduję się z kolegą i stąd to zdarzenie, ale to niczego nie tłumaczy. To moim obowiązkiem jest sprawdzenie podwieszenia. Już po kilku krokach orientuję się, że coś jest nie tak, ale daję słowo, nie jest łatwo wyhamować lotnię. Gdyby zbocze było bardziej strome, skończyłoby się to gorzej. Ten incydent denerwuje mnie i zmusza do zrobienia sobie kilku minut przerwy. Generalnie dzień zaliczam do udanych, mimo, że moje loty to szurania ledwie na kilkunastu metrach nad ziemią, gdy w tym samym czasie koledzy po starcie z holu latają nade mną. No cóż, taka jest kolej rzeczy, kiedyś to ja będę przyglądał się z góry czyimś pierwszym krokom. Z niecierpliwością oczekuję kolejnej możliwości wzniesienia się w powietrze.




 
   
alt

   

18 stycznia 2010


Zima w pełni, ale to nie zwalnia z latania czy też myślenia o lataniu. Moja propozycja na wykorzystanie zimy to... trening z rowerem w górach. Możliwości jest wiele, na początek niech będzie wchodzenie pod górę. Rower jest sporo lżejszy od lotni (mój to około 14 kg), jednak godzinne podchodzenie z nim na plecach pod coś większego, wydatnie poprawi późniejsze podchodzenie z lotnią. W dół jest wiele możliwości, można szybko schodzić z rowerem na plecach, ćwiczyć równowagę, kontrolować zwisy itd., zaś dość częste wywrotki przy zjeździe w dół, wykorzystać jako symulację nieudanego lądowania, gdzie ćwiczymy odruch szybkiego puszczenia sterownicy (tutaj: kierownicy). Ćwiczymy także przewroty przez bark (prawy i lewy na zmianę) na miękkim niczym materac podłożu śniegowym. Na zdjęciu: zbliżam się do schroniska na wys. 1218 m.npm, podchodząc od ok. 500 m.npm.




 
 

28 lutego 2010


Dziś druga już w tym roku próba inauguracji sezonu lotniowego, poprzednia nie wypaliła ze względu na niespodziewany opad śniegu. Tym razem ma być dobrze, okazuje się być niestety za wietrznie. Niebo jest całe usłane soczewkami, wiatr silny, porywisty i z wschodnią, niebezpieczną odchyłką, nie ma nawet mowy o lataniu. Mimo to na miejscu pojawia się kilku glajciarzy, próbują latać, ale kończy się to klapami na pół skrzydła. Nawet nie dotykam lotni, ale dzień nie jest zmarnowany, dowiaduję się sporo na temat lotniczej historii Mieroszowa. Począwszy od czasów sprzed II wojny światowej, gdzie było tu niemieckie szybowisko, przez pierwsze lata powojenne, kiedy to Polacy korzystali z lotniczych walorów tego miejsca, mroczne lata 50-te, kiedy to całą infrastrukturę zaorano i wymazano z literatury na wzór „Roku 1984” Orwella. Aż po czasy współczesne, czyli odbudowę szybowiska, niestety w zasadzie od zera i nie w tym miejscu, gdzie ono pierwotnie istniało.
 



 
18 marca 2010


Do trzech razy sztuka, dziś wreszcie udaje się pierwszy raz oderwać się od ziemi w tym roku. W Mieroszowie spotykam się z Tomkiem, który właśnie kupił Merlina „Kamikadze boski wiatr” i przymierza się do oblotu. Latanie zaczynamy od... odśnieżania przy pomocy kilofów szopy, w której garażuje Rurak. Zajmuje nam to ponad godzinę, ale za to potem wygodnie podjeżdżamy razem z całym sprzętem pod sam start. Zaszczyt pierwszego lotu przypada mi, jednak ciężar tej doniosłej chwili przytłacza mnie na tyle, że psuję start i tylko dzięki stromiźnie pierwszych metrów rozbiegu i łagodnej charakterystyce Marsa nie kończy się na niczym groźnym. Drugi startuje Andrzej na lotni Tomka, potem Tomek, potem ja i tak na zmianę robimy po 7 zlotów. Dzień jeszcze krótki, więc nie jest nam dane długo cieszyć się lotami, wiaterek zdycha i chwilę później zaczyna nawet podwiewać z tyłu. Zbieramy się i po złożeniu sprzętu i zjedzeniu porcji pierogów w barze, rozjeżdżamy się do domów.


 
     
alt

 
 

 

  18 kwietnia 2010

Ten dzień to typowo mieroszowski warun z całym wachlarzem atrakcji z tym związanych... Na stoku jest kilkanaście lotni i kilka razy tyle paralotni. Warunki są trudne, bo jest silny wiatr, do południa termika, a po południu wiatr się wzmaga i uwidaczniają się zafalowania w górnych warstwach atmosfery. Niżej zbocza szkolą się chłopaki z pierwszego etapu, ja zaś latam spod samej rampy. W powietrzu turbulencje są takie, że po 6 lotach tego dnia, mam dwa dni zakwasy na tricepsach. W czasie lotu udaje się jeździć po zboczu z 3-4 zakrętami po 90 stopni, dużo wysiłku fizycznego kosztuje mnie trzymanie kierunku lotu. Po wylądowaniu trzeba jeszcze zatargać lotnię na szczyt. Wiatr jest taki, że wydaje mi się, iż waży ona ze dwa razy więcej niż powinna. Dwa razy zdarza się, że niezabezpieczone lotnie koziołkują. Dzień jak najbardziej udany, każdy kto chce, lata do bólu, oczywiśćie na miarę swoich możliwości i umiejętności. Jedyne niedogodności tego dnia, to „przeszkody terenowe” w postaci stawiających skrzydła glajciarzy. Zaś na koniec dnia las nad zboczem „farbuje” się w różne kolory wiszącymi na drzewach paralotniami.
 

 

 

alt

    24 kwietnia 2010

Dzięki błyskawicznej akcji Andrzeja i Piotrolota staję się posiadaczem lotni Seedwings Funky 17. Używka, aczkolwiek trudno się w niej doszukać jakichkolwiek śladów eksploatacji. Lekka i kulturalnie wykonana z wszelką dbałością o detale, z od razu z przyciętą rurą kilową pod Mosquito (ma atest DULV do latania z napędem), ciesząca oko. Niestety pogoda nie pozwala na jej oblatanie, jedyne co nam się udaje, to rozłożenie i poprzymierzanie się, a i z tym są problemy ze względu na silne szkwały i przelotne opady. Mam nadzieję, że czym prędzej uda mi się ją oblatać, a w przyszłości dane mi będzie spędzić z nią dużo miłych chwil w powietrzu.


 
 

 

  30 kwietnia 2010

I znów latanie. Ponieważ wieje z północy, jedziemy na zbocze „Krasna Hora” wystawione na ten kierunek, kilkanaście kilometrów od Mieroszowa. To tutaj rok temu dane mi było pierwszy raz na dłużej oderwać się w powietrze, zaś tym razem pojawiam się bogatszy o umiejętności i już z własnym sprzętem. Na miejscu jest 7-miu lotniarzy i prawie tyle samo paralotniarzy. Andrzej oblatuje lotnię w tradycyjnym stylu, puszczając sterownicę i machając rękami przez większość lotu. I wreszcie nadchodzi ta niezapomniana dla mnie chwila, stoję przypięty i gotowy do startu, chwila skupienia i po kilku krokach jestem w powietrzu. W delikatnym szumie wiatru dolatuję do lądowiska, cały lot idzie tak, jak go sobie w głowie zaplanowałem. W kolejnych lotach skupiam się głównie nad eleganckim zakręcaniem, nad czym muszę jeszcze dużo popracować. Szczególnie gdy się na własne oczy widziało, jak takie zakręcanie wygląda. Andrzej goni nas do latania, przez co każdemu wypada po 6-7 lotów. Atmosfera tego dnia jest naprawdę świetna, za co wypada podziękować wszystkim będącym tego dnia na stoku.
   
alt
 
 



  13 czerwca 2010

Kolejny wypad do Mieroszowa. Warunki zapowiadają się obiecująco, ale na miejscu tak nie jest. Pomimo chmur idących idealnie z południa, na stoku wieje słabo z południowego wschodu. Dopiero termika prostuje kierunek i w takich warunkach trzeba startować. Zlatuję trzy razy, ale daje mi to znacznie więcej, niż 6 lotów sprzed dwóch tygodni. Jest trudniej (terma i rotory od drzew), ćwiczę lądowania i starty w kichowatych warunkach, a w drugim locie rozpoznaję i zwalczam PIO. Nawet stoję na starcie gotowy do czwartego lotu, ale wtedy wiatr definitywnie zmienia kierunek na przeciwny. Mój Funky lata fajnie, ale do noszenia jest znacznie gorszy od Marsa. Kroplowe rury sterownicy cisną punktowo, a ramiona sterownicy łączą się tak wysoko, że nie sposób go nieść, klinując sterownicę o kark, bo przeszkadza w tym głowa.
Dzień uważam za udany. Bo na latanie trzeba się wybierać nawet wtedy, gdy warun nie jest bankowy. Czasami, gdy ma być stuprocentowe latanie, a jest kicha, to takie dni zniechęcają do ruszenia się, gdy jest tak sobie. Ale czasami bywa i tak, że warun zlituje się i z byle jakiego dnia zrobi się latańsko na całego. Od siedzenia w domu rośnie brzuch, a nie nalot.
 



 

alt
 
    21-25 czerwca 2010

Te pięć dni spędzam w Mieroszowie na kończeniu II etapu i wlataniu się w moją lotnię. Na miejscu zastaję sporą ekipę lotniarzy, 5 naszych i 4 Czechów. Ponieważ nie wierzę, że latanie będzie od rana do nocy, więc żeby spożytkować jakoś nielotny czas, zabieram rower z zamiarem pokręcenia się trochę po okolicy.
Ze względu na bardzo silny północy wiatr na latanie wybieramy się dopiero po południu. Rano po śniadaniu wsiadam więc na rower i robię po 20-30 km po okolicznych górach, trochę na czuja, bo w całym Mieroszowie nie daje się kupić turystycznej mapy. Potem obiad, wyjazd na północne zbocze, 6-7 lotów, powrót, kolacja. A potem wieczorno-nocna integracja międzynarodowego środowiska lotniowego.
Trzy pierwsze dni tak mi dają w kość, że... cieszy mnie czwarty, gdy ze względu na wyjątkowo silny wiatr nie ma lotów. Natomiast piąty dzień jest wyjątkowo udany, wreszcie solidnie polatali chłopaki z I etapu.
 

 

  Te 30 lotów, które robię przez ten czas (z niedużej, bo 60-metrowej górki) pod opieką Andrzeja, przydają mi się bardzo. Przede wszystkim okazuje się, że w trudniejszych warunkach mam kłopoty z opanowaniem lotni w ostatniej fazie lądowania. Pojawia się nawet podejrzenie, że z lotnią jest coś nie tak, ale zostaje ponownie oblatana i nie widać w jej zachowaniu niczego niepokojącego. Przyczyną moich kłopotów są nieznaczne błędy w pozycji i technice lądowania, których ja nie widziałem i z których zupełnie nie zdawałem sobie sprawy.
Dzięki Andrzejowi i Wojtkowi udaje się zidentyfikować, co źle robię, pomaga w tym nagranie video. W nielotny czwartek sporo czasu poświęcam na „myślowe treningi” poprawnego lądowania, a piątek jest dniem rzeczywistych lądowań, które wychodzą już perfekcyjne. Teraz czuję się już pewnie w startach i lądowaniach i mogę bezstresowo zabrać się za wyższe i dłuższe latanie.
Podliczam wszystkie swoje loty, - wychodzi ich dokładnie 81. Mnie właśnie tyle było potrzebne, aby nabrać poczucia pewności i jako takiej świadomości tego, co się dzieje z lotnią w powietrzu.
Z perspektywy czasu myślę sobie, że nawet naczytawszy się wszystkiego możliwego lotniach, a bez całego mojego obecnego doświadczenia, gdybym próbował polecieć lotnią... mógłbym liczyć tylko na szczęście. Raz mi się coś takiego udało - na paralotni, gdzie nauczyłem się latać sam z literatury. Drugi raz nie chciałem przeżywać czegoś podobnego.  
 








Dopisek redakcji:
pniżej przydatny link dla osób, które planują rozpocząć przygodę z lotniarstwem:
  
Lotniarstwo - ile to kosztuje - przeczytaj zanim zaczniesz




Komentarze
Dodane przez Agi w dniu - 2010-11-05 10:41:49
Roland, wielkie kciuki za szybkie i bezpieczne dokończenie szkolenia, co mam nadzieję pozwoli nam wkrótce przeczytać 3 odcinek "Dziennika" :-);-)
Brawo!
Dodane przez Mesiek w dniu - 2010-11-06 20:02:40
Aga on już jakby ukończył szkolenie ale jeszcze o tym nie wie :-) 
Roland. Najważniejsze szkolenie u lotniarza odbywa się w głowie. Fajnie napisane. Oj, żeby wszyscy kursanci mieli takie prawidłowe podejście do szkolenia. Będziesz latał wysoko i pewnie. To pewne :grin
Dodane przez roland w dniu - 2010-11-08 20:12:03
Dziękuję wszystkim za doping. Kolejną część "Z dziennika kursanta" na bieżąco pisze życie. Szkolenie posuwa się do przodu, na przekór dwóm największym przeszkodom z którymi przychodzi mi się zmagać: brakiem czasu i złą pogodą. Oczywiście nauka w lotniarstwie nie ma końca!